ZBYSZEK JANCZUKOWICZ
Mniej wiecej 29 grudnia.
Liczenie czasu idzie nam kiepsko, ale, szczerze mowiac, wcale sie nie staramy.
Cud. Spimy na podlodze, wokol masa brudnych ciuchow, worki jakiegos cementu czy innego proszku budowlanego, kaski, drobne czesci od motorow, a w kacie pokoiku czesciowo oddzielonego od reszty cienka drewniana dykta - stacjonarny komputer i router WiFi. Geneza tego fenomenu pozostaje nieznana, ale korzystajac z 5 wolnych minut, piszemy krotka notke.
Zaraz bedziemy krazyc po miescie Kapuas z 13 Hondami CB skladajacymi sie na miescowy klub o nazwie SEMUT IRENK, od ktorych otrzymalismy wczoraj piekne koszulki, z wizerunkami Hondy CB, laitmotiwu naszej wyprawy, oraz z urzekajacym napisem: "We are Bikers not Gangsters". Oczywiscie wszystko przywieziemy lub przeslemy do Polski. A popoludniu ruszamy przez Banjarmasin do Loksado, gdzie czeka na nas Wegierska ekspedycja z Malangu. Loksado to gorski teren dobry na treking, zaznajamianie sie z lokalna kultura Dajakow oraz imprezy. Mam nadzieje, ze maja tam tuak.
Tak wiec zyczymy wszystkim udanej imprezy w Polsce oraz Szczesliwego Nowego Roku. I lecimy asymilowac sie dalej, bo wszyscy juz sie wokol nas kreca, jeszcze nie zwiedzilismy tego Kapuasu...
niedziela, 29 grudnia 2013
niedziela, 22 grudnia 2013
ZBYSZEK JANCZUKOWICZ
4 grudnia 2013
Selamat datang di Indonesia!
Wczoraj po raz trzeci przyjechaliśmy do Indonezji. Tym razem
nie samolotem, ale statkiem. Prawdopodobnie po raz ostatni, chociaż fajnie było
by też motorem albo na piechotę.
Przywitały nas uliczne stragany ze smażonymi bananami i
dobrą mocną kawą, piękne stare burczące motory wszędzie na ulicach, jeżdzące z
prądem albo pod, bo tutaj to nie gra większej roli, znajome okrzyki
"bule" (białasy) oraz "mau ke mana?" (dokąd to?), o których
aksjologii dyskutowaliśmy już długie godziny, mianowicie czy lepiej jest
praktykować cnoty cierpliwość i wyrozumiałość, czy może stawiać na naturalność
i bezpośredniość i zamiast uśmiechu odburkiwać. Łatwo zgadnąć, kto z nas stoi
po której stronie.
Tak czy inaczej, oboje szczerze cieszymy się z kolejnego
tutaj pobytu, mam nawet dziwne odczucie jeśli nie zadomowienia, to przynajmniej
orientowania się jak u siebie w domu. Szczególnie że tuż za ścianą stoi gotowy
do jazdy motor, czyli wszędzie w okolicy możemy szybko się dostać fizycznego i
finansowego wysiłku. Mając tą możliwość dużo spokojnie siedzi nam się w domu,
powoli robi i wywiesza pranie, pije kawę i oddaje lenistwu, tym razem
dobrowolnemu, a nie przymuszonego warunkami lokomotyzacyjnymi jak w Tawau,
gdzie żadnego motoru do dyspozycji nie było.
Co do motorów. 120 kilometrów górskiej drogi z Tanjung Selor
do Berau przebyłem wczoraj w nocy na tylnym siedzeniu nowej Yamahy Vixion. Z
kilku rozmów odbytych na Skypie wiem, że w Polsce nikt w to nie uwierzy, ale
motor z jednym cylindrem o pojemności 150cc i dwoma ciężkimi mężczyznami na
siedzeniu bawił się z dużym luzem i z pięknym delikatnym głosem, na dziurach i
na równym asfalcie, pod górkę i w dół. Bliźniaczy model, Honda Tiger, tak samo.
Do tego dochodzi lekka przyjemna konstrukcja, łatwość obsługi i naprawy oraz do
50 kilometrów drogi na litrze paliwa. Wniosek pierwszy. Czy w Europie mamy już
coś takiego? Albo jak możemy to sprowadzić do Polski? Wniosek drugi. Nie
wspominając już 15 minutowej sesji odpalania, teraz mi się wydaje, że nasza
Honda coś skrzypi, burczy, skacze i marudzi, ale dalej ją kochamy i póki
jesteśmy w tym regionie świata, za nic nie oddamy.
Co do mieszkania. Mieszkamy w domu należącym do jednego z
nich, a służącym jako miejsce spotkań małej społeczności Bikers of Berau. To
oni zresztą przyjechali po nas wczoraj do Selor, raz w jedną stronę i od razu z
powrotem, spalili swoje paliwo i naprawiali dętki w swoich motorach, ponieważ
jako gościom i przyjaciołom po fachu nie wypadało nam jechać autobusem. Nie
chcą żebyśmy za siebie płacili oraz na czas nieokreślony przygotowali nam pokój
z materacem, klucze do domu plus klucze do jednej z nowych Hond (spróbujemy
wieczorem). Fenomen społeczności motorowych to chyba nasze najważniejsze i
najbardziej inspirujące doświadczenie w Indonezji, myślę, że dla takiej
przygody, bo przecież nie dla tropikalnych plaż i orangutanów, warto było,
pomimo obecnego już zmęczenia gorącym klimatem, puścić się na Borneo na starym
motorze z przeciążonymi sakwami, z absurdalnie niskim zapleczem finansowym, nie
wiedząc za bardzo, co nas spotka.
ZBYSZEK JANCZUKOWICZ
10 grudnia,
to jest dwa tygodnie od kiedy przyjechaliśmy do
Berau. Przyjechaliśmy wykończeni na ledwo zipiącym motorze. Pakujemy się
czyści, wypoczęci (no, moza spalonymi plecami, ale to przez nurkowanie na
wyspie Derawan) i zrelaksowani, a motor ma nową lampę, nowy koil (taki walec
który przetwarza prąd z CDI na iskrę do świecy), przymocowany stelarz pod
silnikiem, nową tylną oponę, wycentrowane koło, naprawione hamulce i
wyczyszczone przewody, odpala za pierwszym albo drugim kopnięciem i szczęśliwy
czeka na nową drogę.
Właśnie gotujemy makaron z warzywami, trochę żeby się
odpłacić za gościnę, trochę żeby ich pomęczyć, bo tutaj warzyw się nie jada,
albo ryż, albo ryż z mięsem, ewentualnie ryba, ale to smażona w całości.
Spodziewamy się, że zaleją tą naszą potrawę słonym sosem chili albo słodkim
sosem sojowym, to są smaki Indonezji, będą jeść powoli i powtarzać 'enak-enak',
czyli wyśmienite.
Rano wykuszamy na południe do Sangaty, koło 12 godzin
podskoków na kamienach (do Berau nie dochodzi asfaltowa droga), jeden dzień
albo dwa, zależy od pogody, bo w deszczu nie przekracza się 30 na godzinę.
Mieszkamy w domu na ulicy Haji Isa, pod numerem 99, odrobinę za miastem, w
mieszanym drewniano-murowanym domu, od podłogi wyłożonym kafelkami. Główny
pokój-korytarz jest pusty, z telewizorem i wiatrakiem w rogu, w trakcie dnia
kto chce leży na kafelkach (zimniej) i śpi albo ogląda telewizję, na noc
wprowadzane są motory. Obok trzy osobne pokoje z materacami i małymi półkami na
rzeczy, jeden z nich zajeliśmy, a lokator śpi, razem z innymi klubowiczami
którzy nie zmieścili się do pokojów, pod sarungiem na podłodze. Z tyłu wylany
betonem korytarz, przejście do łazienki (basenik z wiaderkiem) i schowana z
tyłu kuchnia, która zarosła niewiadomo kiedy wymienionymi kołami, zębatkami i
szkieletami starszych motorów (z jednego wzięliśmy oponę).
Dom nazywają sekretariatem klubu, ale co najmniej trzy osoby
mieszkają tu na dobre. Prawie wszyscy Bikers of Berau pochodzą z innych wysp,
głównie Jawa i Sulawesi, a na Kalimantan przybyli w poszukiwaniu pracy, która
jest tutaj godzinowo i pogodowo cięższa, ale lepiej opłacana. Etap pierwszy:
motor, najlepiej Honda Tiger, z modyfikacjami 5 – 6 tysięcy złotych. Etap
drugi: żona, w zależności od wykształcenia 10 – 20 tysięcy złotych (to jest
oczywiste w całej Indonezji, pięniądze idą w trakcie zaręczyn bezpośrednio do
rodziców). Etap trzeci: dom, czyli dużo drożej, ale można na początku
wynajmować albo dostać coś od miejsca pracy. Wiekszość naszych znajomych
znajduje się na pomiędzy etapem drugim a trzecim. Wawan, buddysta (gratka) i
nauczyciel, właściciel albo pierwszy wynajmujący obecnego domu, dokładnie nie
wiemy, czeka z żoną aż ona dostanie pozwolenie na przeprowadzkę z miejsca pracy
w Samarindzie do Berau (pracy w sektorze publicznym w Indonezji nie można
rzucić). Mamy nadzieję, że "sekretariat" zostanie utrzymany, może
przejmą go młodsi.
Dalej, do anggkoty należy Adit, nasz kontakt od Mamana,
pomocny, bezinteresowny, trochę nieśmiały ogromny chłopak, jeżdzący na Tigerze
podwyższonym w zaprzyjaźnym warsztacie ze spawaniem u Bernarda z Manado, imię
po dziadku z Holandii, jako dobry chrześcijanin zna się na piwie, dowcipach i
szachach. Pokoju ustąpił nam Imail, dalej młody chłopak, regularnie chodzi na
Mahgrib, też czeka, aż żona przeniesie się do Berau. Najwięcej czasu spędza z
nami Pendi z Jember (niedaleko Malangu), który coś mniej pracuje od innych,
jeździ na Hondzie MegaPro (najładniejszy motor w tej części świata,
pomarańczowo-czerwona, troszkę nowsza wersja naszej GLPro) i dalej czeka na
zaręczyny. Jeszcze Michel, drugi z chrześcijan z Manado, ma długie włosy i
odzywa się sporadycznie, ale dowcipnie, to on przyspawał dzisiaj stelarz do
naszej Hondy, oraz Den, uczesany trochę w koreańskim stylu, pracuje w
turystyce, ma czerwonego Tigera z całym szeregiem gadżetów i historią miłosną z
bule na Bali na koncie, a to nie byle co.
ZBYSZEK JANCZUKOWICZ
12 grudzień
Odpoczywamy po drodze z Berau do Sangaty. Chrzest motorowy
mamy za sobą. Siedemnaście godzin po pustkowiach, najpierw dzikie lasy, potem
plantacje palm i kopalnie węgla, wioska co 100 kilometrów, co jakiś czas
ciężarowka zostawiająca po sobie chmury pyłu, dwa plecaki i dwie sakwy po
bokach, czasem fragmentaryczny asfalt, czasem ziemia, czasem kamienie, czasem
żużel, a czasem nie wiadomo co, wszystko krąży w górę i w dół, bo gdyby
poprowadzili drogę dolinami to byłaby powódź.
Do Berau rzadko ktoś dojeżdża, bikersi po obu stronach lasu
znają się głównie z opowieści. A tak w ogóle, Indonezyjscy motocykliści za dużo
nie podróżują, raz większość pracuje (nawet jeśli praca składa się w 80
procentach z picia kawy i palenia papierosów) od poniedziałku do soboty z dwoma
wolnymi niedzielami na miesiąc, dwa uważają, że do potróży potrzebny jest
wielki motor z dodatkowymi lampami, trzema boxami i crossowymi kołami, a i to
ledwo przewiezie jedną osobę. Obraz dwóch osób na starym motorze gdyby znali
nasz język, określiliby jako artystyczny performance. Łamiąc wszystkie zasady
profesfonalnego turingu, jak mocne światła na noc, dopasowane hamulce, wyważony
ciężar motoru, kurtki, buty, ochraniacze i tym podobne, jeździmy sobie
szczęśliwi po pustkowiach, cieszymy się otwartą przestrzenią, otwartmi planami
i powolnym burczeniem Hondy.
Dalej piszę offline, bo internet jest tu tylko w telefonach,
a te nie mają klawiatury, w niektórych sferach globalizacja dochodzi tu
szybciej niż do nas, a ja się na nią nie łapię. Mieszkamy w siedzibie klubu
Yamaha Scorpio w Sangacie, piękny motor, spaliśmy do południa, co tutaj jest
fenomenem, narazie strasznie gorąco, ale można wylegiwać się na kafelkach, pod
wieczór mamy objeździć okolicę, może uda się wsiąść na Yamahę i dokończyć
badania na temat dostępnych w Indonezji motorów turystycznych.
ZBYSZEK JANCZUKOWICZ
23 grudzien
Od kilku tygodni spimy w lesie, w warsztacie motorowym albo u napotkanych na drodze znajomych. W zadnym z tego rodzaju miejsc nie ma internetu, a przynajmniej internetu, do ktorego mozna by podlaczyc klawiature. Stad opoznienie w informacjach. Poprawimy sie niedlugo. A teraz zalaczam trzy szkice na bloga pisane na szybko offline na laptopie, potem wszystko dalej uporzadkujemy...
Tutaj za bardzo nie wiadomo, kiedy wylacza prad, wiec, jesli jutro bedzie padalo, skladamy wszystkim wstepne zyczenia swiateczne.
23 grudzien
Od kilku tygodni spimy w lesie, w warsztacie motorowym albo u napotkanych na drodze znajomych. W zadnym z tego rodzaju miejsc nie ma internetu, a przynajmniej internetu, do ktorego mozna by podlaczyc klawiature. Stad opoznienie w informacjach. Poprawimy sie niedlugo. A teraz zalaczam trzy szkice na bloga pisane na szybko offline na laptopie, potem wszystko dalej uporzadkujemy...
Tutaj za bardzo nie wiadomo, kiedy wylacza prad, wiec, jesli jutro bedzie padalo, skladamy wszystkim wstepne zyczenia swiateczne.
poniedziałek, 2 grudnia 2013
ZBYSZEK JANCZUKOWICZ
Zaczyna się grudzień, jutro wracamy
do Indonezji.
Grudzień na Borneo, to znaczy upał w
nocy, a w ciągu dnia słońce leje się jak powódź, ludzie z białą
skórą i niebieskimi oczami mrużą się i topią. I strasznie
chudną. Ale to nie wiem, czy z powodu słońca, czy z powodu
malezyjkich cen. Po tygodniu w domu na
obrzeżach portowego miasta Tawau, przez który przewija się cała
grupa ludzi zasługujących na osobną notkę, opuszczamy to
post-angielskie państwo praktycznie go nie zobaczywszy.
Z pobieżnych obserwacji, mają tutaj
asfaltowe ulice z poboczami, restauracje zamiast ulicznych barów i
samochody zamiast motorów. Tym samym, Malezyjczycy nie mają czasu
siedzieć razem na każdym rogu, pić kawę i plotkować, zamiast
tego jeżdzą wieczorami na siłownie, baseny albo prywatne lekcje
szlifujące angielski (albo chiński), ewentualnie siedzą w domach i
ogładają filmy na domowym ekranie HD DVD. Po roku w Indonezji
czujemy się tutaj dziwnie i wracamy szybko do Bikers of Berau, u
których spodziewamy się wolnego pokoju z materacem w ich
domu-garażu spotkań, chaotycznego kręcenia się motorami po małym
mieście i do nikąd nie prowadzących powolnych rozmów o byle czym
do nocy. Dodatokowo, połowa z nich to chrześcijanie, więc
przywieziemy dwie butelki whiski, której tutaj w chińskich sklepach
nie brakuje, może być ciekawie w klimacie, w którym można usnąć
po dwóch butelkach piwa. Na tarczy czy pod tarczą, lepsze to niż
kolorowe koktajle, które Malezyjczycy zamiawiają w
tutejszych kawiarniach, nie tyle dla zabawy, co dla wzajemengo
awansowania swojego statusu w oczach znajomych.
...
Miał być dłuższy post, ale nagle
wokół pojawili się goście, chyba chcą zjeść nasz obiad, więc
właściwa kontynuacja za niedługo...
piątek, 29 listopada 2013
PPG
Dobre dni nadeszły.
Droga z Samarindy aż do Malezji obfitowała w niespodzianki, ale i
cieszyła różnorodnością wrażeń i pomocą napotkanych członków
klubów motorowych w różnych miastach. Zatem przedstawiam
streszczenie kilku ostatnich dni.
21.11.2013 Pracujemy w
Primagama English One od 8 do 9.00 wieczorem, miłe pożegnanie, Mr.
Abdul stara się nas zachęcicc do dalszej pracy od stycznia. Około
10.00 jedziemy do wioski Lolo, gdzie spotykamy się z członkami
klubu Honda CB, pijemy mnóstwo kawy, dostajemy kontakt do innych członków klubu w Samarindzie, okolo północy wyjeżdżamy do Balikpapanu.
22.11.2013 O 6 rano bierzemy
ferry z Panajamu do Balikpapanu, tam spotkamy się na śniadanie z
Diamem, u którego byliśmy miesiąc temu. Diam śpiewa w chórze i
nawet był w Warszawie na konkursie międzynarodowym, gdzie zdobyli
pierwsze miejsce. Bez spania kontynuujemy naszą podróż przez
następne kilka godzin do Samarindy. Po drodze wstępujemy do
Arboralium, szkółki leśnej, gdzie dostajemy wielkie jak gruszki
nasiona drzewa żelaznego (beliam, ironwood), z którego buduje się
najtrwalsze konstrukcje, w tym statki, mamy nadzieję zasadzić je w
Polsce.
Samarinda wita nas dawno
niewidzianym Indomaretem (sieciówka, coś jak Żabka), gdzie możemy
kupić ulubione przysmaki. W Tanah Grogocie były tylko małe
prywatne sklepiki, ponieważ prowadzi się tam politykę
uprzywilejowania lokalnego handlu. Jako, że nie spaliśmy całą noc, a
ruszyliśmy prosto po pracy, nie byliśmy w stanie socjalizować się
z bikersami i poszukaliśmy taniego hotelu. W tym czasie Zbyszek się
rozchorował, byliśmy przemęczeni i źli, w konsekwencji nadszedł
pierwszy kryzys.
23.11.2013 Spotykamy się z
bikersami z klubu Honda CB, około 20 motorów czeka na nas pod
stadionem, istna galeria, bardzo sympatyczna atmosfera, Zbyszek
próbuje innych motorów, każdy pokazuje swoje modyfikacje, nabieramy na nowo sił i motywacji.
Przewodniczący klubu w Samarindzie – Pak Toto, prowadzi warsztat,
a wice – Pak Ingal, maluje sprayem obrazki na motorach
24.11.2013 Pak Toto ketua
grupy, z rana ze Zbyszkiem naprawia motor, po południu wraz z
czlonkami Hondy CB jedziemy do wioski Pampang, gdzie mieszkaja
Dayakowie, dawni łowcy głów, a dzisiaj chrzescijanie. Co niedziele
w wiosce odbywa sie tradycyjna ceremonia, tańce i muzyka, starsze
kobiety mają baaardzo długie uszy naciagnięte ciężkimi kolczykami
i tatuaże aż po ramiona. Mieszkańcy wioski zajmują się wyrobem
sprzętu i biżuterii dekorowanej koralikami, dawniej z muszelek i
kamieni, teraz z plastiku. Misternie zdobione stroje i nakrycia głowy
wymagają tygodni pracy, ponieważ wszystkie są pokryte tysiącem
nawleczonych na nitke koralików. Przed domami wbite są drewniane,
rzeźbione totemy, chroniące mieszkańców. Żegnamy sie z kolegami
z Samarindy i ruszamy w stronę Bontangu.
Już po zmierzchu przed
Bontangiem mijamy równik, Honda w złym stanie, ma problemy z
wyjazdem pod górę. Na szczęście wyjeżdżają nam na przeciw
członkowie Hondy CB z Bontangu i eskortują nas do miasta. Tam w
warsztacie naprawiaja Hondę, zapraszają na obiad. Jeden z kolegów
ma urodziny, i wedle indonezyjskiego zwyczaju inni obrzucają go mąką
i jajkami na szczęście. Bardzo miłe towarzystwo, jednak my dalej się spieszymy i nie możemy zostać u nich na noc, bo planujemy
ruszyć z Sangaty w dalszą drogę. Cała grupa eskortuje nas noca do
Sangaty, dobra pogoda, niezła droga, chłopcy się bawią, wymijają, popisują.
Niestety mąka i jajka padły nie tylko na solenizanta, ale i na naszą rozkręconą Hondę, może to jej doda szczęścia :) |
Naprawiamy |
W Sangacie czekają na
nas już nowi bikersi, tym razem z klubu Yamahy. Nocjemy w domu osiemnastoletniego Haika (o przezwisku Kai czyli dziadek). Dom przepiękny,
zaprojektowany przez jego ojca architekta, z otwartym salonem,
huśtawkami, palmami, barem.
25.11.2013 Wyruszamy z członkami Yamahy w dalszą drogę, zatrzymujemy się w wiosce gdzie
mają biuro (oficjalne miejsce spotkań), jemy i odpoczywamy zbyt
długo i dlatego poddenerwowani wyjeżdżamy dość późno.
Jedziemy do Sangkuliran, ale ostatecznie dobijamy do innego portu
żeby przedsostac się na drugą stronę rzeki (obieramy trudniejszą
drogę). Zastaje nasz ulewny deszcz, ale jedziemy dalej. Ostatecznie
wsiadamy wraz z motorem na malutką łódkę, żegnamy się z Yamahami
z Sangaty, troche źli, że zbyt długo nas przetrzymali.
Dopiero w Lepmake mają
na nas czekać inni bikersi więc najgorszy kawałek drogi musimy
zrobić sami. Jeździmy godzinami przez bezludny las tropikalny i
plantacje palmy olejowej. Ciemno, kamienista droga, często pod górę,
dziwne odgłosy zwierząt dookoła, raz na drodze nam stanął kucing
hutan, wielki, czarny dziki kot, wielkości psa, coś jak mniejsza pantera. Bałam się, że motor nam się zepsuje i będziemy
zmuszeni nocować w środku lasu wśród węży, dzikich kotów, dzików
i wszelkiego rodzaju insektów. Na szczęście jakos dojechaliśmy do
wioski Lempake, gdzie nas odebrano i odradzono dalszej drogi do
Berau. Przenocowaliśmy w bardzo miłym domu, którego właściciel
nie tylko pasjonuje się motorami, ale i polowaniem na jelonki, także
zostaliśmy obeznani z całą jego kolekcją poroży.
26.11.2013 Rano wyjechaliśmy
do Berau, w połowie drogi czekali na nas bikersi, co było dość
pomocne, gdyż Honda znów była w słabym stanie, dodatkowo bez
przedniego hamulca. Początkowo planowaliśmy jechać prosto do
Tanjung Selor, skąd mieliśmy wziąć ferry do Tarakanu, ale
towarzystwo okazało się nadzwyczaj miłe i zasiedzieliśmy się w
ich klubie. Bikers of Berau są młodzi, mają duże motory i chętnie
goszczą wszystkich innych bikersów, gdyż mają specjalny domo-klub,
w którym się spotykają i gdzie przyjmują gości. Część z nich
jest chrześcijanami z Sulawesi, także alkohol nie jest dla nich
zabroniony, jak w przypadku muzułmańskich bikersów. Jako, że
termin wizy upływał 27.11 musieliśmy myśleć o tym, jak
najszybciej dostać sie do Malezji. Okazało się, że nawet jeśli
uda nam się przetransportować motor na Tarakan, to nie będziemy w
stanie zabrać go na malezyjską stronę do Tawau. Jakieś
regulacje i przepisy. Bikersi z Berau zaproponowali, żebyśmy
zostawili motor u nich, a oni odwiozą nas w nocy do Tanjung Selor,
na co z chęcią się zgodziliśmy. Zbyszek po raz pierwszy od dawna
jechał jako pasażer i mógł podziwiać gwiazdy. W Tanjung Selor
bikersi zaprosili nas na obiad, nawet zapłacili za hotel, co mnie
wprawiło w lekkie zakłopotanie.
27.11.2013 Na drugi dzień z
rana poszliśmy do portu, wsiedliśmy na speedbout i w ciągu godziny
dopłynęliśmy do wyspy Tarakan, skąd wzięliśmy ferry do Tawau w
Malezji (4 godziny).
Mission completed.
Dotarliśmy do Malezji przed wygaśnięciem wizy.
Przez całą drogę od
Tanah Grogot do Malezji sprawowałam funkcję sekretarki, kontaktujac
się z różnymi klubami, opisując naszą pozycję i plany podczas
gdy Zbyszek niemal bez przerwy prowadził motor. Prawie wszystkie
kluby motorowe w Prowincji Wschodniego Kalimantanu były w stanie
mobilizacji i za punkt honoru postawiły sobie,aby nam pomóc w dostaniu
się do Malezji przed upływem wizy. Często miałam ochotę zostać
dłużej w jakimś miejscu, odwdzięczyć się za pomoc, ale niestety
nie było na to czasu. Za to już obiecaliśmy, że wrócimy.
Rezygnujemy z objazdu
malezyjskiej części Borneo i Brunei, wrócimy na Kalimantan i
objeździmy go dokładniej, tym razem nie spiesząc się i doceniając
lokalną gościnność. Obecnie jesteśmy w domu Daniela, Anglika
mieszkającego od ponad 4 lat w Malezji, który pracuje w szkole
językowej w Tawau. Bardzo ciekawa postać, która zasługuje na
osobna notkę na blogu.
sobota, 23 listopada 2013
PPG Pierwszy kryzys w podróży
Przez ostatnie dwa dni byliśmy potwornie zmęczeni nocną jazdą i to wpłyneło na nasze postrzeganie podróży. Dopadły nas chwile zwątpienia, fizyczne i psychiczne wyczerpanie, a przecież to dopiero początek drogi. Prawie byłam w panice. Zbyszek się trochę rozchorował, padało, mnie bolała głowa i nagle pomyślałam, że nie dam rady. Aż do czasu, gdy sie spotkaliśmy z członkami Klubu Motorowego Honda CB, którzy dali nam wsparcie, skontaktowali z członkami klubu w całej prowincji Wschodniego Kalimantanu, tak, że w każdym mieście, aż do granicy z Malezją ktoś będzie na nas czekał. To dodało nam sił i motywacji na dalszą drogę.
Teraz Zbyszek siedzi w warsztacie z Toto, przewodniczącym klubu, i razem bawią sie w ulepszanie naszej Hondy. A ja zbieram siły, żeby nas spakować do dalszej drogi. Za chwilę przyjadą wraz z innymi członkami klubu i będa nas eskortować do Pampang, wioski Dayaków, gdzie co niedziele odbywają się jakieś ceremonie. Potem sami ruszymy w dalszą droge, ale już w Sangacie będa nas oczekiwac inni członkowie klubu. I tak aż do Malezji. Niestety tam będą na nas czekały nowe problemy, bo nie przepuszczaja przez granice motorów poniżej 400CC, a nasz ma 160. Niemniej jednak będziemy próbować, wykorzystując perfidnie to, że jestesmy biali i niby nic nie wiedzieliśmy o tych regulacjach wcześniej. Jeśli się nie uda wrócimy na indonezyjską część Borneo.
Dobrze jest mieć wsparcie i czuć się członkiem jakiejs grupy. Wcześniej narzekałam na indonezyjski kolektywizm, ale teraz zaczynam go doceniać. Wiem, że pierwszy kryzys nie będzie ostatnim na naszej drodze, ale teraz przynajmniej mam poczucie, że nie jesteśmy sami i zawsze możemy zwrócić sie do kogoś o pomoc.
Dalej pada. Ale to normalne, w końcu jesteśmy blisko równika, a dzisiaj (mam nadzieję!) nawet na nim staniemy, a potem z pomrukiem Hondy przekroczymy go i ruszymy do Sangaty.
Hondzie w hordzie, każdy chce mieć najbardziej charakterysyczną |
Nasza Honda GL z siostrzanymi Hondami CB |
Nasze wsparcie i eskorta |
piątek, 22 listopada 2013
PPG W drodze - Borneo!
![]() |
Indonezja - główne wyspy: Sumatra, Jawa, Kalimantan, Nusa Tengara, Sulawesi, Papua. (kolor jasnobrązowy), Malezja (kolor zielony) |
![]() |
Banjarmasin, Tanah Grogot, Balikpapan, Samarinda i dalej nie wiadomo skąd transport na Malezyjską stronę Borneo |
taak, tak nareszcie w drodze. Praca w szkole skończona, pensja odebrana, możemy kontynuować podróż. Naszym planem jest objazd całego Borneo na motorze z dłuższym postojem w jego centrum - Palangka Rayi, ponieważ jest to miasto po części chrześcijańskie więc lepsza atmosfera na Święta Bożego narodzenia, a i mamy tam kolegę Mamana, który wprowadził nas w świat klubów motorowych. Zaczęliśmy podróż od wjazdu na Borneo przez Banjarmasin na południu i kierując się na wschód przez Batulicin zatrzymaliśmy się na miesiąc w Tanah Grogot, żeby popracować.W tym czasie objechaliśmy większość regionu, spotykając wioski, w którch przed nami nie było innego białego. Bez własnego motoru nie ma tam dojazdu, drogi są nie oznakowane, często nieasfaltowe, wiele mostów nieprzejezdnych dla samochodów. Dwa dni temu skończyliśmy pracę i wyruszyliśmy znowu w drogę. Wczoraj odwiedziliśmy kolegę w Balikpapanie, bardzo przyjaznym mieście nad morzem, a dzisiaj jesteśmy już w Samarindzie, gdzie mamy się spotkac z członkami klubu motorowego Honda CB.
Za pięc dni kończy nam się wiza indonezyjska i musimy przekroczyć granicę z Malezją. Nie jest to proste, bo najbliższe przejście graniczne jest w Tawau i można tam się dostać tylko morzem, bo nie ma dróg, sa tylko podmokłe tereny i bagna.Musimy się skonsultowac skąd można wsiąść na ferry i przewieźć motor. W okolicach Bontangu przekroczymy równik. Może się okazać, że dojedziemy do Tarakanu i tam nam powiedzą, że przewóz osób na statku jest dostępny, ale nie transport motoru. Dlatego możliwe, że będziemy musieli się cofnąć do większego miasta w celu znalezienia odpowiedniego portu.
Jęśli uda się wjechać do Malezji na motorze to chcemy pojechać do Sandakan, potem wjechać do Brunei, znów do Malezji do Kuchingu i ponownie wjechac na indonezyjską część Borneo do Pontianaku, a potem Palangka Rayi, a stamtąd zakończyć podróż w Banjarmasinie i tym sposobem zatoczyć koło. Jak się droga potoczy nie wiadomo, wiele okoliczności może popsuć nasze plany, przekraczanie granic, niedostępność, a nawet brak dróg (w centralnym Kalimantanie ich po prostu nie ma, ludzie przemieszczają się rzekami).
Nie wiem jak w dalszej drodze będzie z dostępnością do Internetu, ale postaramy się uaktualniać informacje w miarę możliwości.
![]() |
Na Borneo znajdują sie trzy państwa - Indonezja z regionem Kalimantan, Malezja z regionami Sabah i Sarawak oraz malutkie Brunei |
poniedziałek, 18 listopada 2013
PPG
Ostatnie kilka dni pracy w Tanah
Grogocie. Po pierwszym strasznym tygodniu wpadliśmy w rutynę i już
nie było tak źle. Samo uczenie dzieci bywa ciekawe, a nawet
satysfakcjonujące jeśli udało sie w nich obudzic chęć do nauki.
Jedynie dysorganizacja i nieumiejętne zarządzanie szkołą jest
irytujące. Uczyliśmy zarówno w prywatnej szkole angielskiego
Primagama jak i w szkołach publicznych dając lekcje pokazowe.
Często rozmawialiśmy o problemach edukacyjnych, zwłaszcza w
Indonezji, gdzie uczniowie są osadzeni w Kulturze Wstydu i boją się
podjąć jakąkolwiek interakcję z nauczycielem, działać
samodzielnie i nie potrafią dostrzec długoterminowych rezultatów z
nauki angielskiego. Są przyzwyczajone do biernego odbierania
informacji, przy tabicy wpadają w panikę, zapytane o rozwiązanie
zadania prawie płaczą. Po skończonej lekcji, podchodzą do mnie i
pochylając sie, przykładają czoło lub policzek do mojej dłoni na
znak szcunku. (Dzsiaj nawet mnie całowaly w rękę, a od jednej
uczennicy, Nazui, dostałam pluszowego prosiaczka :) Dorośli także
praktykują ten zwyczaj względem osób starszych lub na wysokich
stanowiskach. Indonezyjskie społeczeństwo jest na wskroś klasowe,
wszyscy się kontrolują nawzajem, nie boja się Allaha, a raczej
imamów w meczecie lub ciekawskich sąsiadów, którzy mogliby ich
skrytykować. Unikają podejmowania ryzyka, wyzwań i
odpowiedzialności w obawie, że stracą twarz. Jeśli coś im sie
nie uda, to nigdy do tego się nie przyznają, raczej nagle chorują,
uciekają, zamykają w domu, jednym słowem robią wszystko, aby nie
stawić czoła problemowi i go rozwiązać. Czują sie bezpiecznie
tylko w grupie, często mówią “my” zamiast “ja”. Idealnie
wpisują się w klasyfikację wartości kulturowych Hofstede.
Dimension | One Extreme (np. Indonezja) | Other Extreme ( Zachodnie kraje) |
Identity | Collectivism | Individualism |
Hierarchy | Large Power Distance | Small Power Distance |
Gender | Masculinity | Feminity |
Truth | Strong Uncertainity Avoidance | Uncertainity Tolerance |
Virtue | Short-term Orientation | Long-Term Orientation |
Wczoraj robiłam trening z metodologii
nauczania dla nauczycieli Primagamy, którzy nie rozumieli dlaczego
zagraniczne książki do nauki angielskiego sa nieefektywne w
indonezyjskiej szkole. Po analizie podręczników (“My world”,
“Hemisphere”, “English Zone”) stwierdziłam, że typy zadań
i materiał jest niedostosowany do tego rodzaju kultury, gdzie
eksponowane w tych książkach krytyczne myślenie, dyskusje,
samodzielna praca ucznia w tutejszych warunkach nie działają.
Dzieci nie rozumieją co sie od nich wymaga, gdyz nigdy nie
podejmowały takich zadań. Na podstwie doświadczenia zdobytego w
Malangu, gdzie uczyłam w English One i Bravo VIEC oraz na Madurze i
tutaj, na Kalimantanie, doszłam do kilku konkluzji, jak efektywnie
uczyć dzieci w Indonezji, biorąc pod uwagę ich predyspozycje i
zachowania kulturowe.
Komentarz do tabelki na przykładzie
szkoły w Indonezji
- Collectivism – grupowość; dzieci, czują się niepewnie, gdy muszą działać samodzielnie, wyrazić swoją opinię; zamykają się w sobie, szukają pomocy wśród rówieśników. (rozwiązanie: do tablicy można poprosić dwoje uczniów, żeby ich ośmielić do wykonania zadania)
- Large Power Distance – przepaść pomiędzy osobnikami o różnych statusach (szef-pracownik, starszy-młodszy, nauczyciel-uczeń), brak równości w relacjach. Dzieci nie są przyzwyczajone do rozmowy z nauczycielem, boją sie konfrontacji i zadawania pytania. Nauczyciel jest dla niech pół-bogiem, który może decydować o ich losie, nigdy przyjacielem. (rozwiązanie: zamiast pytać konkretnego ucznia, zadać pytanie całej klasie).
- Masculinity – chęć wykazania się, ciężkie przyjmowanie porażki, obawa przed utratą twarzy, wolą nic nie powiedzieć, niż odpowiedzieć źle i się ośmieszyć (rozwiązanie: częste powtarzanie, że proces uczenia wymaga popełniania błędów, i to nic złego, mają do tego prawo, zachęcnie do rozwiązania zadania, nawet jeśli będzie niepoprawne, korygowanie błędów w przyjazny sposób)
- Strong Uncertainity Avoidance – silne unikanie niepewności, obawa przed wyzwaniem, podejmowaniem ryzyka, odpowiedzialnością, przed wszystkim co nowe i nieznane, i tu znów obawa przed utratą twarzy. Cenią bezpieczeństwo i stabilność. (rozwiązanie: poświęcić więcej czasu na wprowadzenie do tematu, dokładnie wytłumaczyć na czym będzie polegało zadanie, zrobić samemu wiele przykładów, aż dzieci się z nim oswoją i poczują gotowe do samodzielnego działania).
- Short-term Orientation – brak planowania i przewidywania długoterminowych skutków, chcą widzieć efekty natychmiastowo (rozwiązanie: po każdej lekcji powtarzanie nauczonego materiału, tak, że dzieci widzą czego się w danym dniu nauczyły i mogą się tym pochwalić w domu; motywowanie do podejmowania małych wyzwań (“naucz sie 20 nowych słów”, a nie - “przeczytaj książke po angielsku, bo to Ci wzbogaci słownictwo”).
Oczywiście można też ich przymuszać
do zachodniego stylu nauczaania (bardziej kreatywnego, krtytycznego,
indywidualnego itd), ale wtedy panikują, zamykają się w sobie,
ponieważ nie jest on przystosowany do ich kultury. Nie ma jednej
najlepszej metodologii nauczania, która sprawdza sie na wszystkich,
niestety autorzy podręczników do angielskiego nie zatrudniają
antropologów do konsultacji programu i później powstają problemy
z adaptacją metod podręcznika do warunków kraju, w którym będzie
używany. To dość zabawne, bo przygotowują podręcznik, jakby miał
być skierowany do dzieci osadzonych w zachodniej kulturze (teksty,
metody, typy zadań, rozkład materiału), a przecież jego odbiorcą
jest zazwyczaj dziecko nie-anglojęzyczne z innego kręgu
kulturowego. Powinny być różne podręczniki kierowane na Amerykę
Łacińską, Europę, kraje muzułmańskie i Azję, ponieważ każda
z tych kultur jest inna i wymaga innych metod nauczania.
Dość o edukacji, chociaż przez
ostatni miesiąc to jest najczęstszy temat naszych rozmów (oprócz
motoru oczywiście, no i karburatora, świecy, mieszanki, pływaka,
obwodów i nowego ulubionego tematu Zbyszka – prądu – ciągle
rozkręca lampę, rozwala żarówki i wyciąga z nich druciki,
przykłada do baterii, zastanawia się do czego podłączyć halogeny
czy do dynama czy akumulatora, a VAT, Volt i Amper nam stale
towarzyszą przy obiedzie).
Jesteśmy członkami Honda CB Bikers
Community ( klub miłośników Hondy CB) mimo, że my mamy GL, ale to
bardzo podobne modele. W każdą sobotę wieczorem odbywają sie
spotkania wokół rynku różnych grup motorowych. Po prawej stronie
pomnika miłośnicy Hondy CB, po lewej Yamaha cośtam, dalej Suzuki
Ninja, dalej Honda Tiger itd. Dostaliśmy naklejki i koszulkę
klubową, wczoraj byliśmy na wystawnym obiedzie u jednego z
członków. Bardzo przyjemna sytuacja, wszyscy sobie pomagają, mają
wspólną pasję, chwalą się modyfikacjami itd. jest tylko jedno
kuriozum, które mnie niezmiernie bawi. Oni nie podróżują na
swoich motorach! Wystawiają je jak na wystawę co sobotę,
czyściutkie i błyszczące, siadaja koło nich, popijają kawę,
rozmawiają... i tyle! Spotykają się, ale nie organizują dalekich
wypraw, to takie dość zasiedziałe kluby motorowe. Niemniej jednak
bardzo urocze, a ludzie przemili.
Członkowie klubu Honda CB z Tanah Grogot - pożegnanie |
Już prawie 11.00 w nocy, czas do domu,
a dzisiaj konwersacje skończyłam o 9.15 więc się zasiedzieliśmy
trochę po pracy. Zbyszek grał w piłkę z innymi nauczycielami, a
jutro ma iść na bilard z członkami klubu. Nie tk źle w tym Tanah
Grogocie, chcą, żebyśmy zostali dłużej, ale DROGA czeka! (i wiza
się kończy:)
sobota, 2 listopada 2013
ZBYSZEK JANCZUKOWICZ
Tanah Grogot, tydzień drugi.
Nigdy nie odczuwałem nic poniżającego
w chodzeniu w tanich ciuchach drugiego obiegu, jedzeniu w barach
mlecznych, upijaniu się w parku, graniu w piłkę z gimnazjalistami
czy podróżowaniu stopem bez pieniędzy, a to przecież wzbudzające
pogardę oznaki niskiego statusu społecznego. Od około 5 lat nie
przejmowałem się też za bardzo brakiem oszczędności na
przyszłość, gromadzonego doświadczenia zawodowego ani
opublikowanych artykułów naukowych, a to przecież jawna głupota,
lekkomyślność i nieodpowiedzialność. Ogólnie mówiąc, nie
martwiło mnie, co większość społeczeństwa uważa za podłe.
Tym większe moje zaskoczenie, że dwa
tygodnie w podłej pracy – zresztą bardzo korzystnej logistycznie
i zbawiennej finansowo w naszej nędznej sytuacji – zamiast spływać
po mnie jak lekki deszcz, nie tylko są nie do wytrzymania, ale
wpędzają mnie w głęboką depresję, niechęć do samego siebie i
poczucie życiowej porażki.
Wcale nie zamierzam narzekać na
warunki, jest egzotycznie i pięknie, powolnie, ale bez stresu i
właściwie bez wymagań. Możemy sobie w nocy siedzieć przed
domkiem i pisać na laptopie, a w dzień jeździć po okolicznych
wioskach z domami na palach i drewnianymi mostkami, które nigdy nie
wiadomo, kiedy ostatecznie załamią się pod przejeżdżającym
motorem, słowem, prawdziwe tropiki, których nie znajdziecie w
żadnym katalogu dla turystów. A potem stać nas będzie na dwa miesiące jeżdżenia.
Z pewnym luterańskim poczuciem winy i
grzechu, muszę stwierdzić, że bunt wywołuje we mnie praca jako
forma, tj. bycie zatrudnionym przez pracodawcę i wykonywanie zadań
w zamian za obiecane pieniądze, podłość abstrakcyjna, nie
konkretna. Podporządkowując własną wolę cudzej oraz przeliczając
część własnej egzystencji na pieniądze tracę pełnoprawność
jako podmiot poznania prawdy. W Polsce trzeba będzie załatwić
papiery od psychologa stwierdzające chorobę umysłową
uniemożliwiającą podjęcie pracy zarobkowej, inaczej czeka mnie
głębokie nieszczęście oraz upadek moralny i filozoficzny.
A skąd luterańskie poczucie winy? Z
naszej współczesnej europejskiej etyki, która negując
transcendenty wymiar zbawienia i potępienia, internalizuje je w
zastałych układach społecznych. Ale o tym kiedy indziej.
Przeciwnie, zastanówmy się, kto i kiedy nauczył mnie tego
duchowego wagabundztwa, które nie pozwala cieszyć się, że dobrze
wykonamy powierzone nam w kontrakcie zadanie, rozkrzesamy wokół
siebie trochę oświaty i własnymi rękami zarobimy na wymarzoną
podróż dookoła Borneo? Dlaczego nie znoszę wakacji a kocham
wygnanie? Czy to może być wrodzone?
sobota, 26 października 2013
PPG
Borneo, Kalimantan.
Decydując się w Malangu
czy wsiadać do samolotu do Bangkoku czy rzucać na dziką wyspę na
motorze, wybraliśmy opcję survival. W Bangkoku pracowalibyśmy po
parę godzin dziennie, za dobre pieniądze, potem spacer, masaż,
może basen, spotkanie ze znajomymi na piwie, po pracy czas wolny dla
siebie, może jakieś pisanie własne. Kalimantan to wielka
niewiadoma. Troche pracy, żeby zarobić na benzynę, a potem MOTOR I
DROGA, czasem nawet niezaznaczona na mapie. Równik, przyroda,
drewniane domy na palach, mało ludzi i ogrom przestrzeni. Na
Kalimantanie pracujemy od rana do wieczora, w mieście nie ma żadnych
udogodnień, sami muzułmanie, płaca jak na indonezyjskie warunki
znośna, ale niepewna. Tak właśnie, niepewna. Przez tydzień
pertraktujemy z właścicielem Primagama English School, że
zgodziliśmy się na pewną kwotę plus zakwaterowanie i wyżywienie.
Nagle okazuje się, że nie ma pieniędzy na jedzenie, bo mieszkanie
było za drogie (prawdę mówiąc nie zgodziliśmy sie mieszkać z
rodziną i musieli wynając dla nas coś pomiędzy mieszkaniem a
domem szeregowym). Kalimantan jest dużo bogatszy od Jawy, ponieważ
znajdują się tutaj złoża węgla, ropy i złota, uprawy palm na
olej i tym podobne intratne biznesy. Dlatego też wszystko jest dużo
droższe, w tym jedzenie, jeśli musielibyśmy pokrywać wydatki na
posiłki z naszej pensji to zmniejszyłaby sie o połowę. Wczoraj
wywalczyliśmy catering dwa razy dziennie, ale szefowa w Jakarcie
chce nam dodać dwa dodatkowe dni, za dzień w którym będziemy
przedłużać wizę w Balikpapanie i za jakieś święto narodowe. O
ile rozumiem odrabianie straconego dnia pracy z powodu wizy, o tyle
nie rozumiem czemu mam być odpowiedzialna za kalendarz świąt i dni
wolnych w Indonezji.
Oczywiście udajemy tutaj
malżeństwo, gdyż nieskazitelne społeczeństwo muzułmańskie
doznałoby szoku moralnego widząc niezamężną parę mieszkającą
razem. Jeszcze mogliby mnie ukamieniować. Wiele udawać nie musimy,
bo jesteśmy razem ponad 5 lat i faktycznie jesteśmy dla siebie
małżeństwem pod każdym względem, jedynie papieru brak, ale
kiedyś w końcu i papieru się dorobimy. A czas leci tak szybko, że
sama nie mogę uwierzyć w to, że mam już 25 lat, Zbyszek 27,
poznaliśmy się jak miałam 19, a on 21, wydaje mi się to wręcz
nierealne.
Wspominki innym razem, a
teraz garść informacji o sytuacji obecnej. Mieszkamy w Tanah
Grogot, na wshodnim Kalimantanie. Od 8 rano, (czasem 7.30) do 12.00
robimy promocje oferty w szkołach, potem mamy chwile wolnego i
zaczynamy uczyć od 16.00 do 18.00, a potem robimy konwersacje od
19.00 do 21.00. Następnie jesteśmy potwornie zmęczeni, jedziemy do
naszego wypłytkowanego pustego domu, zmywamy z siebie cały ciężki
dzień i oglądamy filmy. Ostatnio zachciało nam się obejrzeć
Trylogię. Sienkiewicza. Taaaak, ta niby nudna lektura szkolna, a
jednak berdzo zajmująca i pieknie pokazująca polską fantazję za
którą tęsknimy, cóż bardziej polskiego mogliśmy znaleźć?
(“Pana Tadeusza” pokazaliśmy naszym Indonezyjczykom w już
Malangu i teraz stał się dla nich synonimem określenia “polski
film” - niezrozumiały, górnolotny, nie wiadomo o czym., powinni
zoczyć ostatnie polskie produkcje to by zmienili zdanie). Od dziecka
uwielbiałam Pana Wołodyjowskiego i Baśkę, teraz zachwyciłam się
Kmicicem z Potopu (niestety zasnęłam w trzeciej godzinie i jeszcze
muszę dooglądać), Zagłoba jak zawsze rubaszny, wzorowany na
Falstafie z Szekspira. A wczoraj oglądaliśmy Drogówkę
Smarzowskiego, początkowo byłam zniesmaczona wulgarnoscią żartów
i przedstawieniem wizerunku polskiej policji, ale potem akcja sie
odrobinę uspokoiła. Nowa wersja “Popiołów Czasu” Won Kar Waia
była jeszcze bardziej poetyczna i zachwycająca grą kolorów, a
przy tym bardziej zrozumiała niż poprzednia. Brakuje nam nowych
filmów, mamy internet w szkole, możemy ściągać, tylko co?
A nasi uczniowie nie
znają Władcy Pierścieni, nawet nie wiedzą kim są elfy i
krasnoludy. Trylogia Tolkiena została zbanowana w Indonezji jako
antyislamska i rasitowska, bo orkowie przypominają arabskich
wojowników, pozytywni bohaterowie są biali, a źli przychodzą ze
Wschodu to pewnie są muzułmanami. Absurd.
Muszę kończyć i budzić
Zbyszka, bo o 10 jesteśmy umowieni z szefem na dalsze pertraktacje i
podpisanie kontraktu, od czego zależy czy tuataj zostaniemy. Po
miesiącu zamierzamy wskoczyć na motor i w pięć dni przejechać
1000 km do granicy z Malezją na zachodnim Borneo. Smaku całej
wyprawie dodaje fakt, że na mapie nie ma zaznaczonej drogi, ale
podobno da sie przejechać.
I tak przemęczymy sie
jeszcze trzy tygodnie, aby potem znów być w drodze, wolni i
niezależni, przemierzając dzikie tereny pod równikiem. Zbyszek
chce przejechać całe Borneo dookoła, cel szczytny, ale trudny i
niebezpieczny, nie to co masaże i imprezy w Bangkoku.
czwartek, 17 października 2013
ZBYSZEK JANCZUKOWICZ
Pierwszy dzień na Borneo, za nami dwa
długie tygodnie w Malangu, o których może potem, po przerwie
powracamy do bloga.
Powoli zdrowieję, to znaczy nie mam
już gorączki, dreszczy i zawrotów głowy, został suchy kaszel, a
to pestka. Najciężej było zaintalować sakwy na motor i przejechać
120 kilometrów do portu w Surabai, ponieważ, jak to zresztą być
musi, zawroty głowy przeszkadzają w utrzymaniu równowagi na
pojazdach o mniej niż trzech kołach. Dalej szukanie biletów, czyli
kilka godzin kłótni z naszymi braćmi muzłumanami, którzy
uważają, że nasze pieniądze znajdują się po złej stronie
barykady i trzeba wskazać im właściwą drogę. Zmiana przyszła w
ciągu 24 godzin przeleżanych na promie, brudnym, zatłoczonym,
pięknym i pełnym życia. 19 godzin przeprawy przez morze plus 5
godzin opóźnienia w porcie. Znaczy to, że weszliśmy po ciemku i
wyszliśmy po ciemku, a słońce wzeszło i zaszło nad pełnym
morzem bez śladu niczego. Niewyobrażalnie gorąco, bo to na północ,
czyli w stronę równika, który zresztą mamy zamiar przekroczyć
motorem wzdłuż wschodniego wybrzeża. W klasie 'ekonomi' leżące
miejsca dla wszystkich (chyba że będzie jakieś święto, bo tu
nikt nie liczy ani nie numeruje biletów), to znaczy 1,75 x 0,5 metra
materaca, na którym przeleżałem większość czasu we własnym
pocie i niespodziewanie obudziłem się całkiem zdrowy.
Jak czytelnik już zauważył, post
pełen jest polskich znaków. Biorą się one z pięknego
niebieskiego laptopa z miękką gumową klawiaturą, (mój laptop
powędrował do Budapesztu żeby nie trafić na Borneo) który
kupiliśmy dla Pati za ostatnie pieniądze, wychodząc z założenia,
że bez laptopa nie znajdziemy pracy w Tajlandii.
Bardzo przyjazne stworzenie ten laptop,
można sobie leżeć w łóżku i pisać bloga, czekając na wschód
słońca. Dzień skończył się bowiem dobrze i bezpiecznie, w
wygodnym i relatywnie tanim hotelu w mieście Banjarmasin, które
słynie z unikatowego 'dryfującego targu'. W miejscu połączenia
rzek zbierają się setki mniejszych i większych łodzi, którymi
spływają do portu wszelakie dobra z całej południowej części
wyspy (wyspa ta jest skąd inąd dwa razy większa od współczesnej
Polski), drudzy kupują od pierwszych i część sprzedają trzecim,
a część gotują lub smażą (lub obdzierają z piór) od razu na
łódkach i sprzedają na środku rzeki. Podobno za stół służy
deska położona tymczasowo pomiędzy dwoma łódkami. A cała ta
impreza zaczyna się tuż przed świtem słońca i kończy na długo
przez czasem, w którym prawdziwi filozofowie lubią się budzić.
Stąd łatwiej będzie poczekać kilka godzin, pojechać na targ,
najeść się i wtedy na porządnie pójść spać.
Pierwszy kontakt z wyspą. Statek
powolym uderzeniem w wiszące opony parkuje w doku, więc zbiegamy po
rzeczy i dalej w dół do motoru. Siedzimy na motorze, otwierają się
drzwi dolnego pokładu, widać światła Kalimantanu, zapalam silnik.
A tutaj kładka okazuje się piąć w górę do poziomu doku tak, że
pieszemu trudno podejść, gdyby nie małe metalowe ząbki dla
podparcia butów. Piesi jakoś wchodzą. Pytamy, co z pojazdami, a
uśmiechnięta obsługa (dalej Jawajczycy) odpowiada, żeby poczekać
do rana. Nikt nie zaplanował, że będzie odpływ, witajcie w
Indonezji. Pytam, czy pomogą wnieść motor albo jakoś wciągnąć
go na linie, odpowiadają 'tidak boleh', t.j. 'nie wolno'. Na
szczęście podparli mnie i jakoś wyciągnęli, kiedy zacząłem się
ześlizgiwać próbując wepchać motor sam pod górę, z plecakiem
na brzuchu i zatrzaśniętym kaskiem, inaczej 110 kilo hondy
stoczyłoby się z hukiem w dół na tłum gapiów. Patrycja
przybiegła z sakwami i odjechaliśmy szybko bez komentarza, żeby
nie dać się złapać policji i prawdopodobnej opłacie za 'stempel'
czy coś takiego.
Kontakt drugi. Sam Banjarmasin wyglądał
na opuszczony, przynajmniej późnym wieczorem, nikogo na ulicy,
sklepy pozamykane, natomiast jakimś cudem w sześciu hostelach pod
rząd słyszymy 'full'. W ostatnich dwóch nawrzeszczeliśmy na
wszystkich dookoła, że przecież pokoje są ewidentnie puste, ale
nic to nie dało. W siódmym z kolei obojętna (czyli miła)
atmosfera, cennik i standardowa rejestracja, na korytarzu, co
zaskakujące, posprzątane, a automat z wodą pitną działa. Po
przysznicu przeczytałem dokładniej jeszcze raz przewodnik Lonely
Planet, hostel jest wymieniony i polecany, plus notka, że właściciel
nie akceptuje prostytucji. Zgrabny przekaz nie-wprost, że reszta
dzielnicy (a to właściwie centrum) nie akceptuje białych turystów
w parach. Widocznie dochód z wynajmu samego pokoju nieatrakcyjny, a
towarzystwo sztywne, jeszcze doniesie na policje albo się obrazi,
jak kaski znikną w trakcie nocy.
Na szczęście, nasz hostel jest
wygodny i wygląda na bezpieczny. Wi-fi coś nie dochodzi na drugie
piętro, więc rano zejdziemy na dół, napijemy się kawy, bo
automat ma też gorącą wodę, i wyślemy post. Zaczęli śpiewać
na dachach, więc czas się kłaść. A już niedługo floating
market.
niedziela, 13 października 2013
PPG
Malang, Indonezja. Ziemniaki już się ugotowały, kapusta dochodzi, maziste błoto hennowe się ogrzewa, Zbyszek pojechał gdzieś na motorze, czarny kotek buszuje po domu, a Węgrzy wybyli na Festiwal Pisarzy na Bali - jednym słowem Dom. Może jeszcze nie ten pełny, prawdziwy, ale przynajmniej jego namiastka. Od trzech dni powinniśmy już być w Bangkoku, rozsyłać CV, szukać pracy i mieszkania. Nawet Tamas (nie ten z Malangu, inny Węgier) zostawił nam klucze na recepcji, bo jest teraz w Australii i jego pokój jest chwilowo wolny.
Dlaczego więc nie jesteśmy w Bangkoku?
Na dwa dni przed odlotem (bilety już zostały kupione) Zbyszek z Tamasem (tym z Malangu) zaczął czyścić bak, najpier wlali wodę z octem, żeby rdza się rozpuściła. Potem płukali, wlali wode z proszkiem do pieczenie, żeby pozbyć się resztek octu, znowu plukanie i suszenie. Ja w tym czasie byłam w moim ulubionym gejowskim SPA z Georgianą i Mani na balijskim masażu. Coś mi nie grało, przecież mieliśmy sprzedać motor, bo nie było sensu transportowac go do Bangkoku, po co więc całe to czyszczenie? Im bliżej do odlotu, tym Zbyszek był bardziej zaniepokojony i nie mógł zasnąć. W tym czasie ja czytałam blogi o życiu i pracy w Tajlandii, zaczęłam się denerwowac, bo to wszystko okazało się trudniejsze niż myślałam. Już kupiliśmy elegancką koszulę i spodnie dla Zbyszka na rozmowy kwalifikacyjne, ja jeszcze szukałam odpowiedniego modelu dla siebie. Ale też odczuwałam niepokój. Z drugiej strony zmęczona ciagłym podróżowaniem wyobrażałam sobie, że wreszcie zacumujemy na dłużej w Bangkoku, wpadnę w pracowniczą rutynę, zacznę kurs masażu tajskiego, Zbyszek zrobi certfikat z projektowania permakultury, będziemy wieczorami razem słuchać muzyki i może pisać coś swojego. Jednak perspektywa kikutygodniowego stresu związanego z chodzeniem na interview, uśmiechów i sprzedawania się potencjalnym pracodawcom nie była pociągająca. Zwłaszcza, że kilka miesięcy temu zaproponowano nam pewne posady nauczycielskie na Kalimantanie, co prawda z o połowę niższą pensją niż w Bangkoku, ale z darmowym zakwaterowniem i wyżywieniem. Do tego widmo Kalimantanu ciążyło nad nami od dawna. Marzyliśmy o wycieczce motorowej, Zbyszek nawet chciał objechać cały dookoła, a ja pragnęłam spotkać plemiona Dajaków, legendarnych Łowców Głów i oczywiście orangutany w dżungli. Kolejna przygoda, znowu brak stabilizacji. Na dwa dni przed odlotem Zbyszek dostał telefon ze szkoły na Kalimantanie czy dalej jesteśmy zainteresowani, i pól żartem, pół serio powiedział: "to może pojedziemy"? "Czemu nie?" odopwiedziałam, i zaczeliśmy się śmiać. I już wiedzieliśmy, że samolot do Bangkoku odleci bez nas.
I poleciał.
A ja teraz czekam, aż henna dojrzeje, żeby nałożyć ją na włosy, słucham Grechuty i klikam na nowym niebieskim laptopie Lenovo, który byliśmy zmuszeni kupić, bo nasze odesłalismy z rodzicami Tamasa na Węgry, co było logiczne przy pierwszym planie wycieczki motorowej po Azji Południowo-Wschodniej, a tragiczne przy drugim - pracy w Tajlandii. Teraz realizujemy plan nr 3 - wyjazd na Kalimantan, który obejmuje i uczenie dzieciaków i rozbijanie się po wyspie na motorze.
A ja teraz czekam, aż henna dojrzeje, żeby nałożyć ją na włosy, słucham Grechuty i klikam na nowym niebieskim laptopie Lenovo, który byliśmy zmuszeni kupić, bo nasze odesłalismy z rodzicami Tamasa na Węgry, co było logiczne przy pierwszym planie wycieczki motorowej po Azji Południowo-Wschodniej, a tragiczne przy drugim - pracy w Tajlandii. Teraz realizujemy plan nr 3 - wyjazd na Kalimantan, który obejmuje i uczenie dzieciaków i rozbijanie się po wyspie na motorze.
Jakie plusy?
1. Nie musimy od razu sprzedawać ukohanej Hondy, którą Zbyszek od miesięcy modyfikował i przygotowywał do wyprawy.
2. Dostajemy pewną i mało wymagającą prace jako nauczyciele angielskiego, a potem referencje.
3. Realizujemy marzenie o jeżdżeniu po Borneo na motorze i odwiedzeniu dzikich terenów.
4. Spotkamy naszego dobrego kolegę Mamana w Palankaraii, odwiedzimy rodzinę Bama w Banjarmasinie.
5. Nie rzucamy się na głęboką wodę, znamy język i kulturę, nasycimy się Indonezją do końca i tym chętniej po dwóch miesiącach wyjedziemy do Tajlandii próbować w końcu zrealizować plan nr 2.
Jutro odpływa prom z Surabaii do Banjarmasin, 24 godziny na morzu, my i Honda. Tamas zrobił nam profesjonalne zdjęcia do CV, które wykorzystamy za jakiś czas rzucając się ponownie na Tajlandię. Dalej czekam na skończenie montażu filmu o Blitarze, gdzie grałam Indonezyjkę w 1/4, szukającą swoich korzeni. Będzie zabawnie, bo mówię tam tylko po indonezyjsku. Opuszczamy Malang, naszych Węgrów, nasze wspomnienia i nasz Dom. Nowe czeka.
Musimy jeszcze spakować sakwy i plecak. Jak możecie zauważyć, dodałam trochę zdjęć prawie do każdego postu z września, bo nie każdy członek rodziny ma fb ( i dobrze). Czas nakładać już hennę. A Zbyszek właśnie wrócił, ziemniaki pewnie już są zimne :)
Musimy jeszcze spakować sakwy i plecak. Jak możecie zauważyć, dodałam trochę zdjęć prawie do każdego postu z września, bo nie każdy członek rodziny ma fb ( i dobrze). Czas nakładać już hennę. A Zbyszek właśnie wrócił, ziemniaki pewnie już są zimne :)
Wesołe czyszczenie baku |
Naga Honda |
Teraz już czyściutki, nawet od środka |
gotowanie, domowanie |
hennowanie |
![]() |
Kadr z filmu "Blitar - tam skąd pochodzą królowie". Vespa jest całkowicie manualna, już lepiej jeżdziło mi sie na Hondzie |
![]() |
w opakowniu i z uśmiechem, gotowi do sprzedaży - kupcie nas :) |
Subskrybuj:
Posty (Atom)